Przysięgasz?

   Na błękitnym niebie co jakiś czas pojawiały się małe chmurki. Nurt rzeki wydawał się tego dnia taki spokojny. Zazwyczaj prąd wody był tak szybki, że bałam się tam wchodzić. Spacerowałam po szerokim, kamienistym brzegu rzeki, nasłuchując ćwierkania ptaków z lasu, obok którego byłam. Po drugiej stronie wody było wysokie wzgórze, na który wspinałam się, gdy byłam mała. Ogólnie ten las, ta rzeka to całe moje dzieciństwo. Spędziłam tu najpiękniejsze chwile mojego życia u boku osoby, o której chciałam zapomnieć.
   Skierowałam się w stronę mostu, wysokiego na dwadzieścia metrów. W czasie drogi przyglądałam się drzewom, które tworzyły ten niewielki las. Tyle się w nim wydarzyło. Wspinałam się na nie, obserwowałam z nich wszystko dookoła. Zazwyczaj bawiłam się z... no nie ważne z kim. W łowców. Miałam łuk z gałązki i udawałam, że poluję na zwierzynę. Potem chadzałam nad rzekę i puszczałam kaczki po wodzie. Chciałam wrócić do tych czasów. Znowu bawić się, być obok niego... Być szczęśliwą jak dawniej.
   Wkroczyłam na most i stanęłam przy murku, tudzież barierce. Wychyliłam się, by spojrzeć na rzekę. Była naprawdę spokojna. Liczyłam na to, że będzie silniejszy nurt. No cóż, musiało mi wystarczyć to. Spojrzałam przed siebie. Rzeka płynęła między lasem a wzgórzem, z nieznanego mi miejsca. Z mostu widać było jak skręca to w prawo, to w lewo na otwartej równinie. Nigdy tam nie byłam. Żałuję.
   Stanęłam na murku,blisko krawędzi. Wiatr delikatnie gładził moją skórę i rozwiewał moje półdługie, czarne włosy.
   Idealny dzień, by umrzeć, pomyślałam.
   Przypomniałam sobie powody mojej decyzji. Pierwszym była przyjaciółka. Moja jedyna przyjaciółka w szkole. Porzuciła mnie, gdy nie chciałam brać udziału w jej szalonym planie ośmieszenia niewinnej, dobrej uczennicy z młodszej klasy. Ja taka nie byłam i nie chciałam skrzywdzić tej dziewczyny. W końcu sama byłam jak ona.
   Miałam też chłopaka, ale on mnie wykorzystywał. Wiedział, że mam dobre serce i użył tej wiedzy dla swoich celów. Zerwał ze mną, gdy tylko dowiedział się, że rodzice wyrzucili mnie z domu. Dwa dni później potrąciło go auto.
   Co do rodziców... Nie rozumiałam ich decyzji. Wyrzucili mnie, nazywając "dziwką bez przyszłości". Gdyby bardziej interesowali się moim życiem, wiedzieliby czemu zaczęłam wagarować, odcinać się od świata, wychodzić na całą noc z domu. Zamiast mi pomóc, woleli się mnie pozbyć. Musiałam sypiać w schroniskach. Tak było od pięciu tygodni. Chciałam to zakończyć. Te dwuletnie męki.
   Wzięłam głęboki oddech, podniosłam stopę, by wykonać ten ostatni krok i... zatrzymałam się. On... Jego twarz. Znowu ją zobaczyłam przed oczami. Miałam o nim już nie myśleć. Zapomnieć...
   Otrząsnęłam się i znowu skupiłam się na jednym - na skoku do wody. Krok i... znowu on.
   Nie, to nie może być prawda, krzyczałam w myślach, Nie może być jedynym powodem do życia.
   Zaczęłam panikować. Tak bardzo chciałam zapomnieć o nim. A tu nagle na pograniczu ze śmiercią dostrzegam w myślach jego oczy, jego śmiech, jego głos, jego całego.
   Koniec, wrzasnęłam, Nie powstrzyma mnie od tego. Jest zdrajcą!
   Przetarłam oczy rękoma, wzięłam ponownie głęboki wdech i przymierzałam się do skoku, gdy...
   - Isabel!
   Co? O nie!
   Ten głos rozpoznałabym wszędzie. A posiadała go tylko jedna osoba.
   Odwróciłam się i ujrzałam jego. Z przerażoną i zmartwioną miną. Nic się nie zmienił. Wciąż miał krótkie, kasztanowe włosy, a jego brązowe oczy nadal błyszczały w świetle dnia. Na jego widok moje serce przez moment zamarło w bezruchu. Powróciły wszystkie wspomnienia. Nasze wspólne zabawy w lesie. To on zrobił dla mnie łuk.
   Zawsze byliśmy sąsiadami. Chodziliśmy do tej samej szkoły i klasy w podstawówce i gimnazjum. Byliśmy nierozłączni. Robiliśmy wspólnie projekty, razem graliśmy w jednej drużynie na wf-ie. Ludzie mówili, że gdzie ja, tam i on i vice versa. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Do czasu, gdy rozeszliśmy się do różnych szkół. Coraz rzadziej się widywaliśmy. Wciąż tłumaczył się, że nie ma czasu, bo nauka, czym mnie irytował. Ja też miałam sporo nauki, a jednak znajdywałam czas na spotkania. W końcu urwał nam się kontakt, a ja popadłam w depresję. Przestałam sobie radzić w szkole, rodzice mieli mnie gdzieś i ogólnie wszystko w moim życiu się posypało. Gdyby mnie nie zostawił, wciąż miałabym siłę...
   Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Skąd on wiedział gdzie jestem? A no tak, to w końcu nasze miejsce.
   - Co ty robisz? - podbiegł bliżej, lecz zatrzymał się, gdy wykonałam mały kroczek do tyłu, dając znać, że mogę to zrobić w każdej chwili.
   - Nie mogę już tak żyć - oznajmiłam - To mnie przerasta.
   - Izzy... - zrobił krok do przodu - Nie musisz tego kończyć. Wiesz o tym doskonale.
   - Nie mam innego wyjścia - zbierało mi si na płacz - Zostałam sama na tym pierdolonym świecie.
   - Aby na pewno? - popatrzył w moje oczy - Mogę pomóc ci dostrzec, że się mylisz - wyciągnął do mnie dłoń.
   - Nie rozumiesz, że nikogo już nie obchodzę? - krzyknęłam.
   - Wiem, że jest ci ciężko i z trudem przychodzi ci pozytywne myślenie - miałam ochotę mu przywalić przez taką gadkę - Ale jeszcze wszystko można zmienić. Zacząć od nowa.
   Powoli zaczynałam zastanawiać się nad tym. A może dać sobie jeszcze trochę czasu? Spróbować żyć od nowa, naprawić wszystko. Widząc jego zdałam sobie sprawę, że nie jestem jeszcze sama. Miałam jego, prawda?
   - Wystarczy, że będziesz tego chciała - był coraz bliżej - Chodź, zrobimy to razem. Jak dawniej.
   Sama wyciągnęłam rękę ku niemu. Dzieliły nas milimetry. Za chwilkę będzie dobrze.
   - Będzie jak za dawnych lat - uśmiechnął się.
   Spojrzałam mu głęboko w oczy. Wiedziałam, że za chwilę będą smutne. Przeprosiłam go w myślach.
   - Ale te czasy już nie powrócą - rzekłam - Żegnaj, Dawid.
   Przechyliłam się do tyłu i poleciałam w dół, przygotowując się na potężne uderzenie o wodę. W trakcie lotu słyszałam krzyk Dawida. To ostatnie co pamiętam.

                                                                                 ***

   Zimno mi. Bardzo. Gdzie moja kołdra? Wyciągam rękę, by jej sięgnąć, ale nie wyczuwam niczego oprócz zimnej zmieni, na której leżę. Otwieram powoli oczy i rozglądam się wokoło. Znajduję się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Nie, to nie pokój... To bardziej mała jaskinia. Podnoszę się na nogi. Wnętrze jest prawie tak samo wysokie jak ja. Patrzę, którędy mogę wyjść. Dostrzegam światło, odbijające się od ściany jaskini. Zmierzam w tamtym kierunku. Gdy tam dochodzę, znajduję wyjście. Idę w stronę oślepiającego światła, do którego powoli się przyzwyczajam. Zauważam dużo zieleni. Wyszłam z jaskini na trawę. Obejrzałam się dookoła. Pełno drzew i krzewów. Tak, jestem w lesie. W moim lesie. Słyszę ten sam ćwierkot ptaków i szumienie wody w oddali. Kroczę przed siebie, zastanawiając się jak się tu znalazłam. Przecież skoczyłam do rzeki, miałam umrzeć. A może umarłam i właśnie chodzę po lesie jako duch? Jak na razie na nic nie znam odpowiedzi.
   Nagle słyszę głośne śmiechy. Kryję się za najbliższym drzewem. Dostrzegam dwójkę małych dzieci, na oko mają jedenaście lat. Przypatruję się im dokładniej. Chłopak o kasztanowych włosach, z niebieskim plecakiem i długim patykiem przypomina mi Dawida. Tak, to on. Ale jak? A ta mała dziewczynka z czarnym warkoczykiem, opadającym na lewe ramię, z łukiem z gałązki i czerwonym plecakiem to ja. Można mnie poznać po jasnych, niebieskich oczach, które rzucają się najbardziej w moim wyglądzie. Cała ta sytuacja to moje wspomnienie. Ale jak to... Nie umarłam? Śnię o rzeczach, które już się wydarzyły. Chyba, że zmarli to właśnie widzą po śmierci? Jedno jest pewne - nie wiem.
   Obserwuję wyczyny młodych łowców. Wciąż rozmawiają między sobą. Nagle kryją się na krzewami. Brunetka, czyli ja, wskazuje dłonią małą, rudą wiewiórkę. Bierze mały, prosty patyk z ostrym końcem, naciąga na cięciwę krzywego łuku i celuje prosto w zwierzątko. Gdyby to była prawdziwa broń, za pewne by trafiła. A tak to chybia o dwa metry. Mimo to obydwoje się cieszą i wychodzą z zarośli.
   - Było blisko - stwierdza Dawid.
   - Muszę więcej potrenować - dziewczynka podbiega pod drzewo, w które trafiła, bierze patyk i chowa do plecaka.
   - I mieć więcej szczęścia - śmieje się chłopak.
   - Bardzo zabawne - uśmiecha się, szturchając go lekko - To co teraz?
   - Idziemy nad rzekę.
   Ruszają w stronę rzeki, więc i ja to robię. Powoli i cicho idę za nimi, by zobaczyć ciąg dalszy tego wspomnienia. Boję się, że mnie zobaczą, więc ostrożnie stawiam kroki. Młodzi cały czas się śmieją. Już nie pamiętam kiedy ostatnio byłam taka szczęśliwa. Przebywanie w Dawidem dawało mi niesamowitą radość. Chyba nie było mi już dane go widzieć...
   Przypadkowo łamię małą, zaschniętą gałązkę. Dzieciaki odwracają się gwałtownie w moją stronę, lecz mnie nie zauważają, gdyż zdążyłam skryć się za drzewem. Przez chwilę nic nie słyszę, co znaczyło, że się przyglądają. Po kilkunastu sekundach jednak Dawid mówi,by iść dalej i słyszę ich kroki. Czekam przez moment, aż się trochę oddalą, a potem znowu ich śledzę. Docierają nad rzekę, której prąd tego dnia był naprawdę porywisty. Dzieciaki podchodzą do dwóch, dużych kamieni, które oznaczone zostały jako ich miejsce "obozu" z ich imionami. Siadają na nich, a ja kryję się za zaroślami i obserwuję dalej. Chłopak myje ręce w wodzie, a dziewczyna wyciąga z plecaka kanapkę i zaczyna ją jeść.
   - Izzy - odzywa się Dawid - Chyba czas na inicjację.
   Dziewczynka patrzy na niego i zamyśla się przez chwilę, po czym chowa kanapkę do woreczka, przeciera ręce i uśmiecha się.
   - Rzeczywiście - wstaje - Musimy znaleźć idealne kamienie. Chodź.
   Podchodzą bliżej wody i zaczynają przeczesywać kamyki na brzegu rzeki. Biorą do ręki, przyglądają się i odrzucają z powrotem. Po jakimś czasie znajdują dwa, prawie identyczne, czerwone kamienie ze śliską powierzchnią i do tego z dziurką. To chyba cud, że znaleźli bliźniacze kamyczki. To tak jakby były stworzone specjalnie dla nich.
   Wracają na swoje kamienie. Izzy wyciąga z plecaka dwa rzemyki i zaczyna przeplatać je przez dziury w kamyczkach. Zrobiła z nich naszyjniki. Kładzie je na dużym, zielonym liściu pomiędzy nimi i prostuje się. Patrzy na chłopaka i kiwa głową, dając znak, że jest gotowa. Dawid klęka przed nią i patrzy przed siebie.
   - Czy ty, Dawidzie, przysięgasz bratać się z przyrodą i bronić jej za wszelką cenę? - wypowiedziała, biorąc jeden z wisiorków w dłonie.
   - Przysięgam - odpowiedział dumnie.
   - Czy przysięgasz być wiernym swojemu druhowi i pomagać mu, gdy ten wpadnie w kłopoty?
   - Przysięgam.
   Dziewczynka zakłada wisior na jego szyję.
   - Powstań - rozkazała, więc to zrobił - Od dziś jesteś obrońcą przyrody.
   Moczy dłoń w wodzie i pryska na jego twarz, czym rozbawia chłopaka. Teraz kolej na nią. Klęka przed nim, a ten siada wyprostowany na kamieniu.
   - Czy ty, Isabello, przysięgasz bratać się z przyrodą i bronić jej za wszelką cenę? - powtórzył te same słowa.
   - Przysiędam - rzekła, pewna siebie.
   - Czy przysięgasz być wiernym swojemu druhowi i pomagać mu, gdy ten wpadnie w kłopoty?
   - Przysięgam.
   Robi to samo co ona, czyli zakłada naszyjnik na jej szyję i uśmiecha się delikatnie.
   - Powstań. Od dziś jesteś obrońcą przyrody.
    Popatrzyli na siebie i z uśmiechami całują trzy palce u prawej dłoni i przykładają do serca. Ta przysięga była dla nas ważna. Zawsze obowiązywała w każdym aspekcie życia. Niestety ja złamałam przysięgę. To ja odcięłam się od Dawida. To moja wina, że straciliśmy kontakt. Czuję się z tym okropnie. Gdybym mogła cofnąć czas...
   Dzieciaki ruszyli w stronę mostu, a ja zaczynam tracić wzrok. Nie wiem co się dzieje. Wszystko się rozmazuje i znika. Wpadam w ciemność...

                                                                                ***

   Usłyszałam obok siebie spokojne pikanie. Zorientowałam się, że to kardiograf. Otworzyłam ciężko oczy i zobaczyłam, że jestem w białym pokoju. Trafiłam do szpitala. Przeżyłam skok do wody. Jak to możliwe?
   Głowa pękała mi od bólu, to samo prawa noga. Chyba ją złamałam. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Zwykły szpitalny pokój, jak każdy inny. Czułam, że coś trzyma moją dłoń. A raczej ktoś. Popatrzyłam tam i zobaczyłam Dawida, śpiącego jak zabity z opartą głową na łóżku. Wyglądał słodko. Zdałam sobie sprawę, że mógł mnie stracić przez moją głupotę. Mogłam go już nigdy nie ujrzeć. Co ja sobie myślałam? Ależ byłam nieodpowiedzialna.
   Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale nie wyszła mi to. Ponowiłam próbę, żeby go obudzić.
   - Dawid... - miałam okropnie zachrypnięty głos - Dawid - potrząsałam dłonią.
   Chłopak ocknął się i spojrzał na mnie pół przytomny. Jednak, gdy zobaczył mnie wybudzoną, od razu ożył i podniósł się na równe nogi.
   - Izzy - przytulił mnie delikatnie, by nie sprawić mi większego bólu - Nie rób mi tego więcej, błagam cię - szepnął prost do mojego ucha.
   - Obiecuję - zbierało mi się na płacz.
   Odsunął się na parę centymetrów i spojrzał mi w oczy swoimi brązowymi tęczówkami. Był naprawdę szczęśliwy, że wciąż może mnie widzieć, dotykać, rozmawiać ze mną. Ja czułam podobnie, lecz miałam wyrzuty sumienia, które przypominały mi o tym, co mogłam mu zrobić. Już nie chciałam go zostawiać. Pragnęłam znowu być przy nim cały czas. Los dał mi drugą szansę, nie miałam zamiaru jej zmarnować. Postanowiłam walczyć o lepsze życie. Na szczęście miałam odpowiednie wsparcie.
   - Przepraszam - powiedziałam po chwili, a on zdziwił się - Że nie dotrzymałam przysięgi.
   Zmrużył oczy, po czym zorientował się co mam na myśli, gdyż uśmiechnął się pocieszająco i pogładził mój policzek, ścierając łzę, która popłynęła po mojej skórze.
   - Wybaczam ci, druhu.
   Zaśmiałam się cicho, a Dawid pocałował mnie w czoło. Byłam pewna, że już nigdy nie zerwiemy kontaktów. To najprawdziwsza przyjaźń.

                                                                            ***

   - Czy ty, Isabello, przysięgasz bratać się z przyrodą i bronić jej za wszelką cenę? - spytał mnie Dawid, trzymając w dłoniach ten sam naszyjnik sprzed dziewięciu lat.
   Po kilku tygodniach spędzonych w szpitalu i miesiącu rehabilitacji w końcu mogłam cieszyć się wolnością i zdrowiem. Wszystko zaczynało się powoli układać w moim życiu. Dawid bardzo nalegał, bym z nim zamieszkała, więc się zgodziłam. Miał własne mieszkanie w centrum miasta. Obiecałam sobie, że jak tylko znajdę pracę, zacznę dokładać się do czynszu.
   Co tydzień musiałam obowiązkowo pojawiać się u psychologa na terapię. Takie zalecenie lekarza i Dawida. Trochę mi to pomagało, ale nie tak bardzo jak zwykła obecność przyjaciela przy mnie. Przy nim chce mi się żyć.
   W tym momencie przebywaliśmy nad rzeką i siedzieliśmy na tych samych kamieniach co kiedyś, z których farba nadal nie zeszła. Był piękny, słoneczny dzień, a znany mi ćwierkot ptaków wciąż rozbrzmiewał w całym lesie. Obydwoje siedzieliśmy twarzami do siebie, uśmiechając się.
   - Przysięgam - próbowałam powiedzieć to z powagą, ale coś nie wyszło i cicho się zaśmiałam.
   - Czy przysięgasz być wiernym swojemu druhowi i pomagać mu, gdy ten wpadnie w kłopoty?
   - Przysięgam - patrzyłam mu wciąż w oczy.
   - Czy przysięgasz już nigdy nie łamać danej obietnicy?
   - Przysięgam.
   Założył mi naszyjnik na szyję, poprawił go trochę i prysnął mi w twarz wodą, po czym kontynuował ze śmiechem.
   - Złamana przysięga zostaje ci wybaczona, druhu - uśmiechnął się uroczo.
   - Nie zawiodę cię już nigdy - oznajmiłam.
   Pocałowałam trzy palce prawej dłoni i przyłożyłam do serca. To samo zrobił Dawid. Wstaliśmy z kamieni, po czym chłopak mocno mnie przytulił.  Odwzajemniłam uścisk, czując się fantastycznie. Może to i było dziecinne, ale dla nas miało znaczenie. W końcu tak przypieczętowaliśmy naszą długoletnią już przyjaźń.
   Ruszyliśmy w stronę mostu wolnym spacerkiem. Przez chwilę szliśmy w milczeniu. Ale to nic. Z nim zawsze mogę chwilę pomilczeć. W pewnym momencie Dawid złapał moją dłoń, splatając nasze palce ze sobą, po czym przyciągnął nie bardziej do siebie. Przyznam, że nawet mi to pasowało. Zaczynało się robić ciekawie między nami. Nie traktował mnie już jak tylko przyjaciółkę. Zdarzało mi się, że patrzył na mnie jak zahipnotyzowany. Wtedy zdawałam sobie sprawę, że być może mu się podobam. Nawet fajne uczucie.
   Wkroczyliśmy na most i stanęliśmy przy murku, opierając się o niego i obserwując piękny zachód słońca. Ten widok zapierał dech w piersiach. To wyglądało jakby nasza dzienna gwiazda chowała się prosto do wielkiego jeziora na tej otwartej równinie za lasem. Niebo robiło się pomarańczowo-żółte, trochę czerwone. Świetnie oglądało się to z drugą osobą obok. Z druhem na całe życie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 11

Prolog

Rozdział 12